Oczywiście opalania bez fitra, bez umiaru, w najbardziej intensywnych południowych godzinach… Niby o tym wiemy, niby lekarze trąbią o czerniaku od lat, niby co roku czytamy w magazynach i portalach artykuły promujące bezpieczne opalanie, wiemy, że od nadmiernego korzystania ze słońca to i skóra szybciej się starzenie, i plamy wychodzą… a jednak… no właśnie, kto nigdy nie doznał poparzenia słonecznego, niech pierwszy rzuci kamieniem…

Dwa dni temu postanowiłam się trochę „poopalać”. Chwilę, tak tylko odrobinę, tak żeby troszeczkę przybrązowić skórę, bo ile można się pryskać najprzyjemniejszą nawet mgiełką samoopalającą :) Tylko 20 minut w ogródku, więc nie będę szaleć z filtrem, gdzieś tam stoi na półce, nic mi się nie stanie. Mąż zabrał dzieci na spacer, usiadłam na leżaku z książką, zatopiłam się w lekturze… dwie i pół godziny później z ogarniętej Powstaniem Warszawy wyrwały mnie łapki moich córek… Efekt? Konkretne oparzenia ramion, dekoltu i brzucha, objawiające się zaczerwienieniem, pieczeniem, bólem wręcz. W dłuższej perspektywie czasu – przebarwieniami, plamami, skłonnością do powstawania zmarszczek. O zmianach nowotworowych nawet nie chcę pisać. Czym prędzej sięgnęłam po Ratunek po przedawkowaniu słońca, ale – umówmy się – w pewnych sytuacjach nawet d - pantenol nie pomoże…

Niby jestem wyedukowana jak mało kto (co roku, we współpracy z ekspertami, piszę nową informację prasową na temat naszej oferty słonecznej!). Niby wiem wiele o szkodliwości promieniowania UV. Niby w wakacje co chwilę smaruję siebie co najmniej SPF30, dzieciaki 50-tką, a za mężem biegam z olejkiem do opalania, bo on z tych „opornych”. A jednak zaćmienie dopadło i mnie. I jest kara :) Uczmy się zatem na błędach innych, nie popełniajmy tych samych. I nie zapominajmy o kosmetykach do opalania, nawet jeśli tylko na chwilkę siadamy z książką na leżaku :)

@ania_pilip